Obrona życia

DLACZEGO NIE OCALIŁEŚ?
Mija 5 lat, od kiedy Bóg powołał do siebie naszego syna Franciszka. Początkowo, gdy słyszałam czytania o Izaaku i Abrahamie, buntowałam się. Dlaczego Izaaka ocaliłeś a mojego syna nie? Im więcej czasu upływa od tego zdarzenia dostaję na nie więcej światła. Wciąż nie do końca je rozumiem, ale z każdym dniem widzę wyraźniej, że Bóg w tym wszystkim był. 
Franek był naszym czwartym dzieckiem. Kiedy urodziła się druga dziewczynka – wówczas mieliśmy dwie córki i syna – dzieci uznały, że jest niesprawiedliwie, nierówno, że powinien w domu być jeszcze jeden chłopiec. Modliły się o brata. Ich prośby zostały wysłuchane. Po pół roku byłam w ciąży. Kochałam je od chwili poczęcia. Informacja o ciąży mniej zachwyciła mojego męża. Był obrażony na Pana Boga.
Pewnego wieczoru poczułam dobrze mi już znane objawy – ból w dole brzucha i skurcze. Mąż nie przejął się tym specjalnie. Byłam sama ze swoim przerażeniem i złymi przeczuciami. Pojawiło się plamienie. Następnego dnia wylądowałam w szpitalu. Rokowania od początku były złe. Poinformowano mnie, że „będziemy robili, co się da, ale szanse na utrzymanie tej ciąży są nikłe”.
Był to pierwszy kubeł zimnej wody na głowę mojego męża. Już na izbie przyjęć prosił mnie o wybaczenie za swoje zachowanie. Było mi szalenie przykro, że zostawiam go samego z trójką dzieci, pracą i remontem mieszkania. Pragnęłam przede wszystkim naszej jedności. Tygodnie spędzone w szpitalu były tym, co umocniło nasze małżeństwo – mimo rozłąki, trudu, tęsknoty – a może właśnie dzięki nim. Mogłam się wówczas przekonać o wielkiej miłości mojego męża do mnie – miłości za darmo, bez żadnych zasług. Nie miałam mu wtedy do zaoferowania nic. Leżałam plackiem w łóżku i nic poza tym. Pracował, zajmował się dziećmi, wykańczał mieszkanie. Miałam poczucie, że otrzymał nadprzyrodzone siły, by temu wszystkiemu podołać. 
Wydawało mi się wówczas, że sytuacja jest trudna lecz stabilna. Do terminu porodu było jeszcze pięć miesięcy. Wyobrażałam sobie, że jakoś przetrwamy. Z czystym sercem mogłam jednak mówić: „Bądź wola twoja”. Po 4 tygodniach znowu zaczęłam plamić. Skurcze nasiliły się. Nie było już możliwości zatrzymania akcji. W szpitalu miałam wspaniałą opiekę. Doświadczyłam wielkiej troski i wsparcia od personelu. Czułam, że zostało zrobione wszystko, co po ludzku było możliwe. Czułam się bezpiecznie. Mąż był przy mnie.
Ogromnym wsparciem okazała się położna. Czuwała nad wszystkim i co najważniejsze, w chwili, gdy my byliśmy targani silnymi emocjami, ona była rzeczowa i zatroszczyła się o rzeczy ważne. Rozmawiała z nami konkretnie: „Czy chcecie ochrzcić dziecko?” Tak. „Czy jeżeli jego stan – co jest wielce prawdopodobne – nie będzie rokował, że przeżyje, życzycie sobie reanimacji za wszelką cenę, czy raczej chcecie otoczyć go ciepłem i bliskością, w czasie który będzie wam dany?” 
Nie było czasu na przemyślenia i filozofie. Byliśmy zgodni: chcemy z nim być, chcemy go przytulić, nie chcemy by umierał sam w inkubatorze z milionem rur w sobie. Chcemy się nim nacieszyć, poznać, zapamiętać …
Skurcze nasiliły się. Męża poproszono o podpisanie dokumentu o treści: „Nie wyrażam zgody na reanimację mojego dziecka”. Czuł, jakby podpisywał wyrok śmierci. Szybko wrócił do mnie. Syn urodził się żywy, machał nóżkami. Był maleńki. Mierzył dwadzieścia centymetrów i ważył pół kilo. Leżał na mym sercu. Płakaliśmy oboje. Wiedzieliśmy, że czas jest krótki. Położna natychmiast udzieliła mu chrztu z wody. A potem leżał na mnie, przytulony do mojej piersi oddychał jak rybka z otwartą buzią. 
W obliczu życia i śmierci zmienia się widzenie świata. Myśli się o rzeczach ostatecznych. Mąż zobaczył swój grzech względem nas. Ponownie prosił o wybaczenie, mówił o bezradności wobec swoich słabości. Moje serce przepełnione było miłością i wobec takiej pokory, jaką wówczas okazał, zobaczyłam, że miłosierdzie Boże nie zna granic. Nie miałam do niego żadnych pretensji. Ten moment umocnił i zjednoczył nasze małżeństwo. Po mistycznej godzinie spędzonej z naszym synem – poczułam, że nie rusza się. Robił się zimny. Oddałam go położnej. Został zaniesiony do lodówki z napisem: PŁODY. Za dwa dni wypisano mnie ze szpitala. Mąż załatwiał formalności pogrzebowe, a ja uczyłam się chodzić po pięciu tygodniach nie ruszania się. Pożegnaliśmy go Eucharystią dziękczynną.
I choć może się to wszystko wydawać komuś niezwykle trudne, jestem wdzięczna Bogu za całe to wydarzenie. Zmieniło ono moje życie: duchowe i rodzinne. Wiem, że dzieci nie są moją własnością, ale darem od Boga danym mi w depozyt. Wiem, że mój mąż mnie bardzo kocha, wiem, że ja go kocham. Wiem, że możliwe jest przebaczenie i darmowa miłość. Wiem, że jest Bóg i że część mnie – ciało z mego ciała i krew mojej krwi – ogląda Go już twarzą w twarz. On wiedział, że kocham moje dzieci bardziej niż Jego, bardziej niż męża. Powołując do siebie mego syna, sprawił, że tęskniąc za swoim dzieckiem, myślę o spotkaniu z Nim, jak również otworzył mi oczy na tego, z którym mam stanowić jedno tu na ziemi.
Romana z Warszawy (4 dzieci)
 

 
KAŻDE ŻYCIE JEST DAREM
Autorka – Babcia Krysia – opisała dramat i radość z daru, jakim jest nowe ludzkie życie – dziecko. Nie przyszło ono w warunkach naturalnych – i to dlatego sercem Autorki miotają sprzeczne uczucia i odzywa się sumienie, które nie godzi się na to, co wybrała jej córka, ale przyjmuje życie, które dał Pan Bóg. Cierpi z powodu zła, które dokonało się. Do końca swoich dni będzie cierpieć. Gdy nas osobiście nie dotyka takie cierpienie, łatwo jest osądzać. Trudniej – jak Babcia Krysia – nieść krzyż do końca swoich dni: modlić się, dziękować i cierpieć.
 
Babcia Krysia
Jestem „invitrową” babcią, przez co przeżywam różne sprzeczne uczucia: miłość, radość, ale też smutek i tęsknotę. Może mój list coś zmieni, coś uratuje, komuś pomoże.
 
07 września 2011
Dziś dowiaduję się, że Ania ma jechać do kliniki, aby pobrać komórki jajowe i rozpocząć procedurę zapłodnienia In vitro. Kompletne zaskoczenie. To już się dzieje. Po serii badań, brania hormonów, fatalnym samopoczuciu, zbliżanie się do finału.
Wróciła z mężem wieczorem. Ania zmęczona ma bóle brzucha. Mam mieszane uczucia. Jestem przeciwna. Sugerowałam wcześniej adopcję maluszka, który gdzieś tam czeka na mamę i tatę. Musiałam jednak pogodzić się z decyzją córki. Dużo się modlę o miłosierdzie dla niej i jej męża.
 
08 września 2011
Około godziny 10 dowiaduję się, że pobrano aż 15 jajeczek. Dziewięć z nich jest zapłodnionych. Szok! Zostałam babcią dziewięciorga wnucząt na raz!
Co z duszami tych maleństw? Zapewne cały czas Bóg obdarza ich swoją miłością, a ja otaczam ich modlitwą. Zastanawiam się, czy mają już swojego Anioła Stróża, czy otrzymają go dopiero po urodzeniu … Kocham te dziewięć wnucząt, ale nie wiem, które z nich będzie mi dane zobaczyć.
 
09 września 2011
Około godziny 10 spoczęło jedno dziecko w łonie mojej córki. Powiedziała później, że poczuła wtedy ciepło, ale osoba, która wszczepiała zarodek, była obojętna i zachowywała się rutynowo. Smutne. Pozostałe ośmioro zamrożono. Biedne dzieciątka, zamiast w cieple i pod sercem matki, spoczywają w zimnych probówkach szkła laboratoryjnego. Tak bardzo mi ich żal. Ania skłonna była przyjąć dwa zarodki, ale usłyszawszy o niebezpieczeństwach i komplikacjach, zdecydowała się na jedno.
Przyjechała zmęczona i smutna. Powiedziała mi, że jak na razie nic nie czuje do tego dziecka. Wiem, że muszę ją wspierać, choć nie akceptuję tego, co zrobiła. Tyle dzieci czeka na zastępczych rodziców.
Jest mi smutno, bo dla mnie to nie są tylko komórki, ale istoty nie mogące się do nikogo przytulić. Czy one czują moją miłość, którą im wysyłam? Biedne zamarznięte kruszynki! Kocham was! Łzy same cisną mi się do oczu … Mam już pierwsze zdjęcie – tylko cztery komórki, a raczej – aż cztery …
 
12 września 2011
Dowiedziałam się, że Ania wczoraj miała mdłości. Czyżby dzieciątko zaczynało w niej rosnąć? Dziś w kościele modliłam się do Matki Bożej w dniu jej święta – Imienia Maryi – o opiekę nad tym dzieciątkiem i jego rodzeństwem.
 
23 września 2011
Otrzymałam sms: „niestety nie jestem już w ciąży …” Ania z Michałem pojechali w góry. Tam mieli odpocząć, by z nowymi siłami zacząć nowe miesiące pracy. Martwiłam się o maleństwo, ale niestety nie dane było mu się urodzić … Mam nadzieję, że jest już aniołkiem przy boku Jezusa i Maryi.
Zrobiło mi się smutno. Rozpłakałam się. Już go nie ujrzę … „Wieczny odpoczynek racz tej duszyczce dać, Panie”. Tulę do serca następnych ośmioro wnucząt będących w zimnie i opuszczeniu …
 
30 listopada 2014
W grudniu 2012 r. urodził się mój wnuczek Jaś – dzieciątko z probówki.
Przed przeniesieniem jajeczka do macicy spytano się mojej córki, czy jest gotowa przyjąć jeszcze jedne jajeczko. Córka odmówiła. Bała się komplikacji. Nie wiedziała o tym, że były mrożone parami. Wtedy zobaczyła, że zostawiono jedno, nie zamrażając ponownie. 
– Chyba umarło – powiedziała przyjeżdżając do mnie i opowiadając całą historię. To położyło cień na jej duszy. Zakiełkował smutek, który wcisnęła gdzieś w podświadomość. A tych w probówce zostało jeszcze sześcioro. Kiedy maluszek miał około półtora roczku ujrzałam nagle przy nim dziewczynkę – zupełnie do niego podobną, z warkoczykami. Uśmiechała się do mnie i … zniknęła.
Od dwóch lat pomagam opiekować się „szkiełkowym” dzieckiem. Obserwuję i bardzo kocham. Cieszę się, ze jest na tym świecie. Rozwija się prawidłowo, mało choruje. Przytulając go, pragnę wynagrodzić mu zimno i brak bicia serca matki – tych pierwszych – być może – czterech komórek. Niedługo będzie tort, dwie świeczki, ale wiem, że powinno być o sześć tortów więcej. Pozostałym pozostaje tylko zimno i cisza.
 
Kościół o życiu i metodzie In vitro
Metoda In vitro jest niegodziwa. Jednakże instrukcja Kongregacji nauki wiary Dignitas personae (z 12 grudnia 2008 r.) zaleca, by powstałe w jej wyniku embriony traktować i chronić jak ludzi. Każde ludzkie życie, niezależnie od tego, w jakich warunkach i okolicznościach jest poczęte, jest pełnowartościowym życiem i jest pojmowane jako dar Boży.
 In vitro heterologiczne, z pobraniem obcego materiału genetycznego, łamie szóste przykazanie „nie cudzołóż”. W In vitro nie dochodzi do aktu ludzkiego, jakim jest akt poczęcie, będącym na wyższym poziomie niż reprodukcja zwierzęca. Dochodzi również do poczęcia dziecka w warunkach laboratoryjnych – nie ludzkich, a technicznych.
Życie ludzkie to dar Boży. Dlatego przyzwalanie na to, aby ktoś w swojej prywatności mógł zrealizować marzenie o dziecku w warunkach laboratoryjnych, jest zgodą na redukowanie norm moralnych. Oznacza to również, że normy moralne prywatyzuje się.  In vitro jest procedurą naruszającą uniwersalne wartości moralne.
Watykan parom, które nie mogą mieć dzieci, zaleca rozważenie adopcji.
 
JEST ALTERNATYWA DLA IN VITRO – NAPROTECHNOLOGIA
Naprotechnologia to nie tylko leczenie niepłodności. To także sposób obserwacji nieprawidłowości w organizmie każdej kobiety. Na tej podstawie można skutecznie rozpoznawać wczesne stadia chorób i odpowiednio wcześnie wdrażać leczenie wielu kobiecych schorzeń. Naprotechnologia czyni starania w kierunku podnoszenia zaburzonej płodności męskiej. 
Metoda ta odrzuca użycie programu In vitro i inseminacji. Zapewnia możliwość kontynuacji życia dla każdego istnienia ludzkiego od chwili poczęcia, szanując godność każdego człowieka.

Jak opowiada kobieta, syn z synową zrobili badania, z których jasno wynikało, że nie mają szans na poczęcie dziecka. Zwłaszcza badanie syna było bardzo złe. Byliśmy wszyscy bardzo załamani. Wtedy pomyślałam, że trzeba się udać do „Lekarza z góry”, bo u Boga wszystko jest możliwe. Zaczęliśmy się modlić razem z mężem w tej intencji. Wiedziałam, że muszę się długo modlić, ale czułam, że będzie dobrze. Syn miał mieć zabieg w szpitalu, więc poszłam zamówić Mszę św. w jego intencji – o zdrowie dla niego i całej rodziny. Okazało się, ze jest tylko jeden termin wolny, czyli dzień przed wyznaczonym zabiegiem. Przyszliśmy z mężem na Mszę św. Kolejna próba, okazało się, że w trakcie nabożeństwa jest modlitwa o Duchową Adopcję dziecka nienarodzonego, którego życie jest zagrożone, a którego imię tylko Bogu jest wiadome. Podjęliśmy decyzję z mężem, że postanawiamy wziąć w duchową adopcję dziecko i modlić się w jego intencji. Bardzo tej modlitwy pilnowałam, mąż również. Po ciężkiej pracy wieczorem klęczał i się modlił. Podjął również trud pieszej pielgrzymki na Jasną Górę. Od 26 marca 2012 roku przez 9 miesięcy, czyli do 27 grudnia 2012 roku modliliśmy się w tej intencji, a już 5 stycznia 2013 roku syn nam oznajmił, że będziemy dziadkami, a on najszczęśliwszym tatusiem.  Wspomina kobieta, która dodaje, że był to dla całej rodziny szczęśliwy czas, czas wypełniony modlitwą, ale już za konkretne dziecko, za wnuczka o błogosławieństwo, zdrowie i szczęśliwe rozwiązanie. Wnuczek urodził się szczęśliwie, zdrowy 9 września 2013 roku. Ma na imię Antoni od imienia świętego patrona Antoniego z Padwy, który jest również szczególnym patronem rodziny. A ja – mówi kobieta – od 10 września 2013 roku wzięłam w duchową adopcję kolejne nienarodzone dziecko i modlę się za niego, aby szczęśliwie przyszło na świat i rodzice wychowali je w miłości.  


Dziękuję Ci Panie Boże, za Twoją nieustanną i bezgraniczną miłość wobec człowieka.

W miesiącu wrześniu 2007 r. do Ośrodka Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego na Jasnej Górze, zgłosiła się młoda dziewczyna i złożyła następujące świadectwo: „Parę miesięcy temu, przyjechałam na Jasną Górę – do Matki Bożej, aby szukać pomocy, ratunku dla mojej mamy. Modliłam się w Kaplicy Cudownej Ikony, a następnie przeszłam do Bazyliki i przystąpiłam do spowiedzi. W trakcie spowiedzi wyznałam księdzu, że jestem w tym świętym miejscu, aby ratować moją mamę. Mama liczy obecnie 70 lat. Kiedy była młodą kobietą, dokonała aborcji swojego dziecka. Od jakiegoś czasu bardzo cierpi i fizycznie i duchowo. Wiele razy prosiłam mamę, aby udała się do lekarza. Zawsze była odpowiedź negatywna. Cierpiała ona i cierpiałam ja. W końcu postanowiłam przyjechać na Jasną Górę do Matki wszystkich matek i u Niej szukać pomocy”.
Na te moje słowa, wyznane przez łzy – spowiednik powiedział, że na Jasnej Górze jest Ośrodek Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego i że powinnam tam pójść i podjąć modlitwę w obronie dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki – jako ekspiacja za grzech aborcji mojej mamy. Przyszłam do Ośrodka i podjęłam tę modlitwę, wpisałam się też do Jasnogórskiej Księgi Obrońców Życia. Osoba tam pracująca powiedziała mi, abym zaufała Panu Bogu, bo dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. On jest Ojcem Miłości i Miłosierdzia, a każdy człowiek jest Jego umiłowanym dzieckiem. Wyjeżdżałam z Jasnej Góry z nadzieją w sercu. Od tamtego czasu minęło kilka miesięcy. Dzisiaj przyjeżdżam ponownie na Jasną Górę z wielkim dziękczynieniem dla Pana Boga, dla Maryi i dla wszystkich, którzy pomogli mi uratować moją mamę. Mama podjęła leczenie, wybaczyła sobie grzech aborcji. Jest osobą pełną nadziei, wiary i miłości.

Pragnę wyznać, że to dobro, które przyszło do mojego domu, do mojej rodziny, zawdzięczam Panu Bogu – przez Jego dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Tak maleńkie Dzieło, na które dziennie potrzeba zaledwie 5 minut, a takie owoce. Dziękuję Ci Panie Boże, za Twoją nieustanną i bezgraniczną miłość wobec człowieka.”

Agnieszka


W 2005r. do Ośrodka Duchowej Adopcji na Jasnej Górze zgłosiła się starsza Pani i złożyła takie wyznanie – świadectwo: „Jestem wdową. Trzy miesiące temu zmarł mój mąż. Byliśmy bezdzietnym małżeństwem. Kiedy mąż umierał, wypowiadał takie słowa «Ile tu dzieci, skąd te dzieci» Kilka razy powtórzył te słowa i zmarł. Początkowo nie zastanawiałam się nad słowami wypowiadanymi przez umierającego męża ale po jakimś czasie, zaczęłam myśleć, dlaczego właśnie takie słowa wypowiadał. Podkreślam, że to były jego ostatnie słowa wypowiadane na ziemi przed śmiercią. I pewnego dnia zrozumiałam. Mój mąż przez wiele lat modlił się za dzieci poczęte, których życie było zagrożone zabiciem w łonie matki. Trwał w duchowej adopcji. Ja do tego podchodziłam sceptycznie, nie wierzyłam w sens tej modlitwy. Dzisiaj myślę inaczej i jestem tu po to, aby podjąć modlitwę duchowej adopcji, bo ta modlitwa ma wielki sens – ratuje dziecko. Myślę, że do męża w chwili jego śmierci przyszły dzieci, które zostały zabite w wyniku aborcji. Tak to rozumiem”.


To było już drugie dziecko, jakie Marcin duchowo adoptował. Od pierwszych tygodni wiedział, że ta duchowa adopcja dziecka poczętego, mimo że podjęta w niemalże takich samych okolicznościach jak poprzednia, znacznie się od niej różni. Marcin podjął ją po dotarciu w elbląskiej pieszej pielgrzymce na Jasną Górę, w czasie Mszy św. kończącej pielgrzymkę. Adopcja rozpoczynała się 12 sierpnia, a kończyła 12 maja kolejnego roku. Modląc się za pierwsze nienarodzone maleństwo Marcin czuł, że dziecko potrzebuje jego modlitwy. Jeśli zdarzyło się, że zapomniał pomodlić się za nie w ciągu dnia, budził się tuż przed północą, przypominając sobie o tym bądź też modlił się za nie kilka razy dziennie, bo… nie pamiętał, czy już to robił. Druga duchowa adopcja Marcina, będącego wówczas klerykiem, była jakaś inna. Podjął Ją w 2006 roku – to była wyjątkowa adopcja. Każdego dnia pamiętałem o tej modlitwie i odmawiałem ją bardzo sumiennie – wspomina tamten czas. Znaki, które towarzyszyły poprzedniej duchowej adopcji, zniknęły – dodaje. Jednak jak się później okazało, ta cisza miała sens, a „znakiem” okazała się cała idea duchowej adopcji. Zaczęło się od SMS-a: „Czym jest duchowa adopcja, kiedy masz termin jej zakończenia i kiedy ją podjąłeś?” – przeczytał pewnego dnia z wyświetlacza swojego telefonu Marcin. Kleryk pokrótce napisał, czym ona dla niego jest oraz datę podjęcia i zakończenia. Będąc przekonanym, że pamięta numer telefonu znajomego, któremu odpowiadał na SMS, Marcin z pamięci wpisywał kolejne cyfry. Pochwili otrzymał wiadomość zwrotną: „Być może modlisz się za moje nienarodzone dziecko? Bo według odczytu USG mam termin na 12 maja i nawet data poczęcia się zgadza …” Okazało się, że wpisując numer telefonu Marcin pomylił jedną cyfrę, zamiast 4 wpisał 5. „To było dla mnie ogromne świadectwo obecności Boga w tej modlitwie” – wspomina „pomyłkę” dziś już ksiądz – Marcin - Od tamtego wydarzenia patrzę na modlitwę duchowej adopcji z wielką wiarą i jestem pewien, że Bóg dla każdego przygotował inne, indywidualne owoce tej modlitwy – przyznaje, dzieląc się świadectwem ks. Marcin. Kontakt między księdzem Marcinem a rodzicami Majki (tak ma na imię dziewczynka, którą duchowo adoptował), nie ograniczyły się tylko do jednego SMS-a. Trwa do dziś. Może są i tacy, dla których duchowa adopcja jest jakąś abstrakcją. Ks. Marcin opowiadając o niej, przywołuje historię o Majce i pokazuje zdjęcia dziewczynki w swojej komórce.

Agata

Z dziełem duchowej Adopcji zetknęliśmy się, kiedy jeszcze byliśmy narzeczonymi. Wspólnie postanowiliśmy, aby się w nie włączyć. Uroczyste ślubowanie było dla nas wielkim przeżyciem. Trudno było uświadomić sobie, że nie będąc jeszcze małżeństwem, każde z nas, stało się rodzicem jednego, Bogu jedynie wiadomego dziecka. Owoce tej modlitwy dały się odczuć w naszym życiu w sposób namacalny. Codzienna modlitwa w intencji tego dziecka, wzmocniła naszą więź z Bogiem, pozwoliła przezwyciężyć wiele pokus, a przede wszystkim – to co sprawiło nam szczególną radość – dotrwać w czystości do ślubu.Po zawarciu sakramentu małżeństwa, postanowiliśmy duchowo adoptować kolejne, trzecie dziecko. To zobowiązanie, wspólnie przez nas zrealizowane, jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło, pomogło przetrwać pierwsze kryzysy. Kiedy podjęliśmy, czwartą duchową adopcję, okazało się, że sami oczekujemy na narodziny dziecka. Nasza radość była ogromna. Jednak w trzecim miesiącu ciąży, bardzo źle się czułam. Lekarz poinformował mnie, że jestem chora na różyczkę, połączoną z zapaleniem płuc. Jego zdaniem, ciążę należało, natychmiast usunąć, gdyż zagrażała ona mojemu zdrowiu, a i dziecko najprawdopodobniej urodzi się mocno uszkodzone. Jak boleśnie to przeżyliśmy, jedynie Pan Bóg wie, do którego też ze zdwojoną gorliwością, zaczęliśmy się modlić. Nasza ufność i zawierzenie Bogu rosło, w miarę zbliżania się terminu rozwiązania. Ale tego, jaką niespodziankę, przygotował dla nas Dawca Życia, nie byliśmy w stanie przewidzieć. W dniu, kiedy kończyła się nasza czwarta duchowa adopcja, narodził się nam synek – cały, zdrowy i radosny. Obecnie ja, jak i nasz czteromiesięczny maluch, cieszymy się zdrowiem i wciąż dziękujemy Bogu, za to, co dla nas uczynił.


Swoją pierwszą Duchową Adopcję podjęłam w czasie rekolekcji oazowych. Nie spodziewałam się, że ta modlitwa zdziała tyle dobra. Codziennie w drodze do szkoły odmawiałam dziesiątkę różańca i rozmyślałam w świetle tajemnic, co dzisiaj przyniesie mi dzień. Pewnego dnia spotkałam swoją koleżankę z podstawówki. Okazało się, że 17-letnia dziewczyna jest w ciąży. Nie mogłam w to uwierzyć. Rozmawiałyśmy przez chwilę nie poruszając tego tematu. Kilka tygodni temu spotkałam ją ponownie, była ze swoim małym synkiem i jego ojcem. W trakcie rozmowy okazało się, że to dzieciątko urodziło się w dniu, w którym ja zakończyłam swoją pierwszą Duchową Adopcję. Nie powiedziałam tego koleżance. W głębi duszy wiem, że to nie przypadek. Tu działał sam Bóg! Cieszę się, że jestem mamusią duchową tego dzieciątka. Teraz całkowicie wierzę w moc tej modlitwy. Za kilka dni wybieram się na kolejne rekolekcje oazowe, gdzie mam zamiar dawać świadectwo o mocy tej cudownej modlitwy.


Myśleliśmy, że napięta sytuacja między mną a żoną poprawi się po urodzeniu dziecka. Mieliśmy nadzieję na spokój w naszej rodzinie. Stało się jednak zupełnie inaczej. Cały proces osiągnięcia celu, jakim było poczęcie i urodzenie się dziecka, nie zbliżył nas do siebie, ale spowodował, że zaczęliśmy się od siebie jeszcze bardziej oddalać. Techniki, jakimi posługiwali się lekarze dla przeprowadzenia badań, jak i sama implantacja, pozostawiły bardzo przykre wspomnienia, czego skutkiem są ogromne straty w naszym małżeństwie. Proces „hodowli człowieka” nie przypomina w niczym intymności, która towarzyszy zwyczajnym aktom małżeńskim. Nikt nam wcześniej nie powiedział, co nas czeka ... Mimo iż cieszyliśmy się z tego, że posiadamy dziecko, to jednak niesmak po tych przeżyciach powoduje, że nie jest to pełnia radości i szczęścia. Każdego dnia mam wyrzuty sumienia, że gdzieś w zamrażalniku znajduje się 25 naszych dzieci, które być może będą żyły, a może zostaną zabite. I chociaż Bóg wybaczył mi ten grzech, gdyż uzyskałem rozgrzeszenie, nie potrafię sobie wybaczyć i ciągle o tym pamiętam. Teraz widzę, jak ważna jest akceptacja zamysłu Boga. Tym, którzy stoją przed podobnym wyborem, radzę, żeby rodzicielstwa nie podejmowali poprzez zapłodnienie metodą in vitro.

Prawnik


Jako młoda dziewczyna dokonałam kilku aborcji, gdyż prowadziłam bardzo rozwiązły tryb życia. Po skończeniu studiów zostałam skierowana do pracy w liceum w niewielkim miasteczku. Tam ustatkowałam się, poznałam męża i zaczęłam normalne życie. Konsekwencją dokonanych aborcji było pięć kolejnych poronionych ciąż. Byłam przekonana, że już nigdy nie urodzę dziecka. W jakiś sposób wiedziałam, że sama zgotowałam sobie taki los i nie mogę obwiniać nikogo za brak potomstwa. W końcu zdecydowałam się wraz z mężem na adopcję. W tym czasie jedna z moich uczennic wyznała mi, że jest w ciąży i nie będzie jej przez kilka dni w szkole, gdyż zamierza usunąć dziecko. Zaproponowałam jej pomoc w postaci wyjazdu do mojej rodziny, gdzie z dala od swego środowiska może urodzić dziecko, które potem, jeśli będzie chciała, może oddać mi do adopcji lub na wychowanie. Dziewczyna zgodziła się. To była pierwsza taka sytuacja. Potem w ciągu kolejnych trzech lat takich przypadków było jeszcze cztery. Wszystkie dziewczyny urodziły swoje dzieci i oddały mi je na wychowanie. W ten sposób Pan Bóg dał mi łaskę czwórki wspaniałych dzieci.


Przed laty namówiłem moją małżonkę do tego, by zabiła nasze drugie dziecko. Moja żona była bardzo zrozpaczona, smutna, a ja bardzo naciskałem, chyba też ją szantażowałem. Wtedy bardzo pragnąłem, by usunęła ciążę (usunięcie – tak się wtedy to nazywało), czyli moje dziecko. Żona nosiła je pod swoim sercem, więc nie chciała tego zrobić. Ja – wówczas ponad dwudziestoletni mężczyzna, chciałem być wolny ... Żona bardzo mnie kochała, więc w końcu uległa i zdecydowała się na zabicie naszego dziecka. Zawiozłem ją więc oficjalnie do lekarza, do szpitala, bo wówczas na mocy prawa aborcja była legalna. Żona poszła, a ja czekałem w samochodzie. Moje dziecko zamordowano na moje życzenie, na moje zlecenie.Gdy żona po zabiegu roztrzęsiona ledwo przyszła do samochodu, spytałem ją, jak wyglądało nasze dziecko, czy był to chłopiec czy dziewczynka. Wtedy moja małżonka z wielkim wysiłkiem odpowiedziała mi, że nie widziała dziecka, bo lekarz szybko wrzucił je gdzieś do ścieków. Żyliśmy z tym wiele lat, obwiniając się wzajemnie. Brałem to często na siebie, mówiąc, że dostanę karę w niebie. Moją żonę to jednak nie pocieszało. Czuła się tak samo winna. Nasze życie się zmieniło, już nie było nam miło, dobrze, szczęśliwie. Prysnął gdzieś czar miłości. Często w mojej głowie rodzą się obrazy, które przedstawiają wciąż sceny tamtego dnia i krzyczą całym sobą: NIE !!! Zabiłem swoje dziecko! Ale czy na pewno sam? Gdyby nam ktoś wówczas pomógł, powiedział że zabijamy człowieka, to może życie potoczyłoby się inaczej? Dziś myślę, że ani chwili bym nie czekał, by powiedzieć mojej żonie: „Tak kochanie, bardzo chcę naszego dziecka”. Ale wówczas w Polsce prawo pozwalało na zabijanie ludzkich istnień, a gdyby było inaczej, nikt nigdy tak jak ja nie musiałby potem żałować, że zabił swoje dziecko. Dziś wiem, że już nigdy tego największego błędu mego życia nie powtórzę. Mam 45 lat i dwoje, a nie czworo, wspaniałych dzieci. Dlatego tylko dwoje, gdyż jedno dziecko nie żyje na skutek aborcji, a drugie zmarło następnego dnia po urodzeniu. Moja żona zmarła po porodzie, po długim 2,5 miesięcznym wielkim cierpieniu związanym z siedmioma bardzo poważnymi operacjami na skutek krwotoku porodowego związanego z infekcją bakteryjną zwaną sepsą.

Nie żyje to dzieciątko, którego nie chciałem.
Nie żyje to dzieciątko, którego chciałem.
Nie żyje moja żona, z którą być pragnąłem.

Mogliśmy być sześcioosobową polską rodziną. Nosze i nosić będę w mym sercu wyrzuty sumienia już do końca mych dni.