Ks. Marek Boruc

"Gdy się miało szczęście, które się nie trafia.
Czyjeś ciało i duszę całą, a zostaje tylko fotografia - to jest to bardzo, bardzo mało."
Dziękuję, że byłeś!

  Ks. Marek Boruc, syn Stanisława i Teresy, urodził się 20 lutego 1951 r. w Siedlcach. W roku 1960 przyjmuje Pierwszą Komunię Świętą. Uczęszcza najpierw do szkoły Podstawowej nr 6, a później nr 3 w Siedlcach. Naukę w szkole średniej rozpoczyna w roku 1965 i jest to Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Prusa w Siedlcach. Po ukończeniu szkoły średniej w 1969 r. wstąpił do WSD w Siedlcach. Ks. Marek jeszcze jako kleryk uczestniczył w słynnym Dniu Wspólnoty w dniu 16 sierpnia 1972 na górze Błyszcz z udziałem kard. Karola Wojtyły. Święcenia kapłańskie przyjął 7 czerwca 1975 r. z rąk bp. Jana Mazura.

  Od 21 czerwca 1975 r. pracował jako wikariusz w parafii Stara Wieś, od 1 lipca 1976 r. - Sadowne, a od 21 lipca 1978 r. do 1 lipca 1986 r. - Przemienienia Pańskiego w Łukowie.
   Od 19 stycznia 1981 r. pełnił funkcję zastępcy diecezjalnego moderatora Ruchu Światło - Życie, a od 27 stycznia 1983 r. do 25 sierpnia 2003 r. - moderatora. Przez kilkanaście lat łączył ją z posługą moderatora diecezjalnego Domowego Kościoła. Miał także propozycję podjęcia ważnych funkcji w Krajowym Duszpasterstwie Służby Liturgicznej oraz Ruchu Światło-Życie. Od 21 maja 1985 r. był diecezjalnym referentem duszpasterstwa służby liturgicznej. Od 7 stycznia 2003 do 31 stycznia 2004 r. pełnił funkcję kierownika Działu Duszpasterstwa i Kultu Kurii Diecezjalnej Siedleckiej.
   Ks. Marek podejmował posługi na szczeblu krajowym. Był pierwszym moderatorem krajowym Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. 3 października 2000 r. uzyskał zgodę bp. Jana Wiktora Nowaka na przynależność do stowarzyszenia "Unia Kapłanów Chrystusa Sługi" - członek zarządu. Był moderatorem Centralnej Diakonii Deuterokatechumenatu, delegatem Kolegium Moderatorów do Centralnej Diakonii Jedności Ruchu.

   Przez wiele lat prowadził nabożeństwo z błogosławieństwem animatorów podczas Centralnej Oazy Matki w Krościenku.
   Przewodniczył i głosił homilie w czasie jutrzni podczas Kongregacji Odpowiedzialnych Ruchu.
   Wielokrotnie prowadził również Oazę Rekolekcyjną Diakonii Jedności, która odbywa się zawsze w Krościenku przed niedzielą Chrztu Pańskiego i w gronie odpowiedzialnych rozpoczyna pochylanie się Ruchu nad tematem nowego roku pracy.
   Prowadził oazy letnie dla młodzieży oraz krótsze rekolekcje dla rodzin. - Bardzo się cieszę na wakacje, na oazy. Nie mogę się już ich doczekać - mówił w 1992 r. w wywiadzie dla pisma "Oaza". - Klimatu, atmosfery tego czasu wzrostu, przyglądania się ludziom. Bardzo mnie cieszą oazy i to co się w ludziach dzieje, i w zasadzie chciałbym tylko to robić.

22 stycznia 2004 r. został mianowany proboszczem parafii Kotuń.
8 września 2007r. modlił się w Kotuniu nad nowym moderatorem generalnym Ruchu ks. Adamem Wodarczykiem. Urząd proboszcza w Kotuniu pełnił do śmierci tj. 1 grudnia 2007r.
Msza św. pogrzebowa celebrowana była przez ordynariusza siedleckiego bp. Zbigniewa Kiernikowskiego w czwartek, 6 grudnia, o 11.00 w katedrze siedleckiej. Następnie ciało zmarłego kapłana zostało pochowane na cmentarzu w Siedlcach.

KSIĘGA PAMIĘCI
GALERIA
Ks. Marek o ks. W. Danielskim cz. 1
Ks. Marek o ks. W. Danielskim cz.2


Wymagający i radykalny    Kim dla mnie był ks. Marek? Na pewno był Mężem Bożym, człowiekiem wiary, wiernym sługą Chrystusa i Kościoła. Jednocześnie był zaangażowany na pierwszej linii odnowy Kościoła w Polsce po II Soborze Watykańskim.Zachwycił się praktyczną wizją Kościoła, jaką zaproponował Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki. Był entuzjastą nauczania Sługi Bożego papieża Jana Pawła II, rozmiłował się w klimacie Ducha, jaki niósł z sobą jego spowiednik i duchowy przewodnik, ks. Wojciech Danielski. Był też człowiekiem swojej ziemi, Podlasia, swojego Kościoła. Pamiętam, jak zaraz po beatyfikacji męczenników z Pratulina, na jedno z pierwszych ogólnopolskich spotkań Ruchu w Krościenku przywiózł ich relikwie i lampki oliwne, aby podzielić się darem owocu wiary ludzi swojej małej ojczyzny.

   Ks. Marek był bibliofilem. Był głodny wiedzy, bardzo dużo czytał, i to zarówno wiele książek (trudno chyba będzie policzyć jego księgozbiór), jak i prasę codzienną i niejeden tygodnik. Chętnie się dzielił zdobytą wiedzą. To też było zawarte w jego homiliach i naukach.Był dobrym mówcą, trzeźwym, wymagającym, czasem aż do bólu radykalnym, ale kiedy pochylał się nad konkretnym człowiekiem, potrafił mu oddać całe serce. Często pod zewnętrzną powłoką surowości, ukrywał swoją wielką wrażliwość i dobroć.
   Jaki był ks. Marek? Był zawsze uczciwy i szczery, ale i bardzo krytyczny, często surowy w ocenach. Nieraz obrywało się nawet tym najbliższym, tym, których kochał. Nieraz gwałtownie wyrażał swój protest wobec fikcji i hipokryzji we wspólnocie Ruchu, w Kościele, nierzadko raniąc swoich adwersarzy. Zawsze robił to jednak z troski i w poczuciu odpowiedzialności za piękno Oblubienicy Chrystusa. Często czuł się w tym nierozumiany. Trochę jak prorok, nie był dobrym dyplomatą. Mając często rację, równie często jednak "grzeszył" formą, przez co "obrywał" i od swoich współpracowników i od swoich przełożonych. Częstokroć przez to osamotniony, cierpiał z tego powodu...

   Stale pracował nad sobą. Martwił się, że tak niewiele potrafi zmienić w sobie. Zawsze prawdziwy w swoich słabościach przed Panem, ale i pełen ufności wobec bezmiaru Bożego Miłosierdzia, powierzał się jak dziecko swemu Ojcu.
ks. Ryszard Nowak


Kochał atmosferę oazy.    Jednocześnie "wymuszał" przekładanie Światła na codzienne życie, po to byśmy nie stali się jedynie teoretykami. Jemu zawdzięczam pierwsze i późniejsze odwiedziny Centrali Ruchu Światło-Życie w Krościenku nad Dunajcem, Kurs Oazowy dla Animatorów w austriackiej dolinie Lehtalu i późniejsze rekolekcje w Rzymie, spotkania z ludźmi, którzy do dzisiaj są moimi przyjaciółmi. Z całą pewnością jest to człowiek, którego spotkanie było dla mojego późniejszego życia bardzo istotne, bardzo rozwojowe. To wreszcie ks. Marek, jako celebrans, błogosławił mnie i mojej żonie na progu naszego małżeńskiego życia. Mówiliśmy do Ciebie: "Szefie", bo faktycznie byłeś naszym niekwestionowanym liderem. Dziękuję Ci za wszystko, co zrobiłeś dla mnie i dla mojej grupy.

Paweł Smyk


Dobrze, że jesteś!    Zaczynam tym oazowym pozdrowieniem, chociaż może w sytuacji, gdy odszedłeś już do Pana, zabrzmi ono jak paradoks. Przecież fizycznie nie ma już Ciebie wśród nas ... . A mimo wszystko jesteś!!! Żyjesz w naszych sercach, pamięci, w tym, co dobrego w ludziach ukształtowałeś. Żyjesz we wspomnieniach, pragnieniach i tęsknotach, czasami w wyrzutach sumienia i żalu.

   Doskonale pamiętam nasze pierwsze spotkania. Przyszedłeś do parafii Przemienienia Pańskiego w Łukowie i uczyłeś religii (w tamtych czasach religii nie uczyło się w szkole, tylko w salach katechetycznych przy kościele). Trochę się Ciebie bałam: okulary w grubych oprawach, surowość, poważny i potężny wygląd. Chyba z tego strachu nie potrafiłam bez fałszowania zaśpiewać najprostszej piosenki. A tak bardzo chciałam zapisać się do scholi, którą właśnie tworzyłeś. Mimo wszystko zostałam przyjęta. Był to wtedy zaszczyt i wyróżnienie. Również chłopcy garnęli się do służby liturgicznej. Chyba takiej liczby ministrantów i lektorów nie miała żadna inna parafia.
   Pamiętam nasze wspólne wyjazdy do Częstochowy, Niepokalanowa, Kodnia, Pratulina, Leśnej Podlaskiej. Jeździliśmy kilkoma autobusami (może ktoś koło "czterdziestki" pamięta jeszcze niebieskie autobusy tzw. "ogórki" z przyczepą?). To były wyprawy, które spajały wspólnotę, jednoczyły ludzi, otwierały oczy na świat i Boga.
   Jednak najbardziej czekałam na wyjazdy wakacyjne. Nie wyobrażałam sobie wakacji bez oazy. Leśna Podlaska to takie miejsce, które (pomimo, że byliśmy tam wiele razy) nikomu się nie znudziło. Nikomu też nie znudził się żółty (a właściwie pomarańczowy) ser, salami i solone masło z darów. Przecież były to w Polsce tzw. "trudne czasy".
   Nie sposób zapomnieć o wielu godzinach rozmów, spacerach wokół leśniańskiej bazyliki, liturgiach Mszy świętych celebrowanych przez Ciebie z ogromną perfekcją i umiłowaniem. Wszyscy lektorzy i ministranci tak pełnili służbę liturgiczną jak służbę wojskową. Chyba porozumiewali się wzrokiem lub telepatycznie wydawali sobie komendy, bo wszystkie czynności przy ołtarzu były wykonywane wzorowo. Pewnie też nikogo nie dziwiło, że wszystkie dziewczyny ze scholi "kochały się" w lektorach i ministrantach. Te nasze pierwsze sympatie, zakochania, przyjaźnie. Wiele z nich przetrwało do dziś.
   Bawiliśmy się razem na naszych 18 urodzinach (to nie był "obciach" zaprosić księdza), błogosławiłeś na naszych ślubach, byłeś na wielu prymicjach. W tamtych czasach, gdy byliśmy młodzi, Ty Księże Marku, byłeś naszym Szefem, przewodnikiem i przyjacielem. Owszem, nie zawsze podobały się nam twoje wymagania i decyzje. Często buntowaliśmy się i odchodziliśmy. Jednak zawsze była szansa powrotu.
   Może wielu z nas dopiero po latach (gdy sami jesteśmy rodzicami nastolatków) rozumie Ciebie, podziwia Twoją stanowczość, autentyczność i prawdziwe oddanie Ruchowi Światło- Życie. Ty niczego nie robiłeś na pokaz, żyłeś tym, w co wierzyłeś.
   Nauczyłeś nas umiłowania liturgii, modlitwy. Rozkochałeś w poezji księdza Jana Twardowskiego, książkach Michela Quoista. Prowadziłeś nas od dzieciństwa przez lata młodości i wprowadziłeś w dorosłość. Dzięki Twojemu przewodnictwu ukształtował się nasz "kręgosłup moralny", który trzyma nas w pionie i nie pozwala, aby życie za bardzo nas zwichrowało. Zaszczepiłeś w nas wrażliwość i tęsknotę, aby ciągle stawać się lepszym.

Powtarzałeś słowa Biblii: "Trzeba być zimnym, albo gorącym. Nie można być byle jakim". Sam żyłeś tą prawdą. Wymagałeś od nas, ale przede wszystkim od siebie. Umiałeś ludzi jednoczyć, ale jednocześnie szanowałeś różnice, pozostawiałeś wolność wyboru. Przy Tobie mogliśmy pozostać sobą, a jednocześnie pragnęliśmy stawać się lepszymi.
   Nawet ta smutna wiadomość o Twojej śmierci zjednoczyła ludzi. Być może wielu z nas nie miało z Tobą kontaktu przez dwadzieścia lat. To nie przeszkadzało, że ciągle jesteś nam bliski, że nie wstydziliśmy się łez przy Twojej trumnie.
   Żałuję, że nie zdążyłam się z Tobą Księże Marku pożegnać, że nie powiedziałam osobiście tego, co czuje moja serce. Dopiero przy Twojej trumnie mogłam wypłakać ten żal do samej siebie, że nie zdążyłam ... . Jak bardzo dźwięczał mi w uszach wiersz księdza Twardowskiego "Śpieszmy się kochać ludzi". Ucałowanie stuły opasującej Twoją trumnę było dla mnie pożegnaniem i podziękowaniem. Kiedyś także całowaliśmy Twoją stułę, gdy w konfesjonale jednoczyłeś nas z Bogiem.
   Gdy zapalam znicz na Twoim grobie, tak wiele myśli ciśnie się do głowy, tyle chciałoby się powiedzieć ... . Jednak wystarczy tylko jedno proste słowo: DZIĘKUJĘ.
Gośka

P.S.
   Szefie, dołączam się do podziękowań Gosi - mojej żony, którą poznałem na oazie w Leśnej Podlaskiej. Byłem wtedy harcerzem zastępu "TYTUS (nazwa pochodziła z Pisma Św. - "List do Tytusa", a nie z tytułu znanego komiksu). Jako moderator Ruchu Światło-Życie uszanowałeś naszą harcerska tradycję, pozwoliłeś harcerskimi akcentami ubogacać oazowe spotkania.
Harcerskie OJCZYZNA - NAUKA - CNOTA i oazowe ŚWIATŁO-ŻYCIE to dwie drogi, które przenikały się nawzajem, aby w końcu się połączyć.
Księże Marku, CZUWAJ! ... nad nami .
Andrzej


Rozmowy    Pierwsze informacje o chorobie nie dawały już nadziei na kolejne spotkanie. Musiałem wyjechać. Dopytywałem się bliskich nieśmiało, jak On się czuje, licząc na to, że może zdążę wrócić, pożegnać się i zamknąć najważniejszą przygodę mojej młodości, zamknąć po to, żeby ciągle żyła w przypominaniu Dobrego Człowieka. Nie zdążyłem. Teraz przypominam Go sobie ciągle w tej samej sytuacji, gdy rozmawia z nami i Jego słowa pożegnalne na zakończenie ostatniego naszego spotkania: "Przyjedź wieczorem, przenocujesz, będziemy mieli więcej czasu na rozmowę".
   W tym obrazie rozmowy widzę podsumowanie 29 lat naszej znajomości. Miał na imię Marek, był księdzem. Spotkaliśmy się. gdy miałem l l lat. On miał 27. Duża różnica wieku, w sam raz dobra, aby obowiązywała nas na początku relacja nauczyciel -uczeń. Nauczyciel wymagający, surowy, niekiedy gwałtowny, często radosny; uczeń zgodnie z naturą świata, raczej oporny, krnąbrny, ceniący bardziej piłkę niż lekcje. Inni nauczyciele, albo może nawet ogólniej, dorośli, zazwyczaj mówili, a uczniowie w zależności od pilności słuchali. A On rozpoczął z nami rozmowę. Zachwycił wówczas mnie i moich przyjaciół umiejętnością rozmawiania z ludźmi. Poprzez rozmowę docierał do nas, kształtował, a później, tak powtarzał, my zmienialiśmy Jego. Potrafił rozmawiać o rzeczach ważnych bez zażenowania. patetyczności, moralizowania i protekcjonizmu ("ja wiem lepiej i wam powiem"). Młodzi szybko wyczuwają fałsz w gładkich słowach, wyczytanych z poradników dla porządnych wychowawców, którzy jednak zjedli beczki soli, zanim zaczęli dzielić się mądrością. Rozmowy o wszystkim, co było ważne: o Bogu, Kościele, księżach, komunizmie, muzyce, przyjaźni i sprawach intymnych, które w aktualnej nowomowie nazywa się seksem. Ale także o sprawach, które były problemami osobistymi: pierwszych miłościach, rozstaniach, problemach w rodzinie. Gdy byliśmy już trochę starsi, rozmawiał także o sobie, o młodości: o sympatii z liceum, o seminarium i jego ukochanym ojcu duchownym, (któremu na pożegnanie śpiewali Przez: ile gór musi przejść każdy z nas), o pierwszej parafii i Jego pierwszych (i ostatnich) doświadczeniach motoryzacyjnych (miał komara). W tych rozmowach pojawiali się często dobrzy ludzie, którym coś zawdzięczał. Miał dobrą pamięć i serce dla wdzięczności. Obok ważnych tematów, wiele prostych i prozaicznych takich, które składają się na codzienność podwórkową, szkolną, rodzinną. W tych prostych rozmowach oswajaliśmy się. zdobywaliśmy wzajemne zaufanie i uczyliśmy się, jak w życiu te sprawy drobne z wielkimi przenikają się. Było to zdrowe lekarstwo przeciw egzaltacji i teoretyzowaniu oraz uczeniu się zmysłu rzeczywistości. Dlatego też w sposób naturalny pytał o dwóję z niemieckiego, czy będą pieniądze na wyjazd, albo przypominał o noszeniu czapki (zobaczysz, ołysiejesz) i kalesony (ich notoryczny brak w tym wieku był przecież czymś oczywistym).

   Jego umiejętność rozmowy opierała się na ogromnej wiedzy, którą się dzielił i na umiejętności słuchania. Wiedza nijak by nie docierała do naszych dziecięcych, później młodzieńczych głów, gdyby nie Jego cudowny dar słowa. Piękna polszczyzna wypowiadana niskim głosem, niekiedy lekko zacinającym się (tylko w określonych sytuacjach...), modulacja podkreślająca wagę słów, składnia żywa, dynamiczna oddająca dobrze Jego myśli, temperament. A wszystko to wykorzystywał do wprowadzenia nas do nowego świata. Gdy byłem dzieckiem. słuchałem o Janie Bosko i nie ważne było wówczas, że był to święty, bo w Jego słowach ożywał człowiek z krwi i kości, bez słodziutkich upiększeń hagiograficznych, który imponował, stawał się bohaterem. Jego kazania, przygotowywane starannie, katechezy i konferencje, były owocem wielu lektur, rozmów z tymi, do których miały trafić, prowokowały, zachwycały, niekiedy oburzały. Można było się nie zgadzać, ale nie można było pozostać obojętnym. Pamiętam kazanie osnute wokół ... piosenki zespołu rockowego. który mógłby stać się drogowskazem dla naszej młodości. Wytrącał nimi z błogiej równowagi ugruntowanych przekonań (w moim przepadku pewność ta była odwrotnie proporcjonalna do posiadanych argumentów) i zaczynała się rozmowa. Niekiedy można było później usłyszeć w Jego słowach echa naszych rozmów, korygował sądy i opisywał nowe doświadczenia. Chociaż miał ogromny dar słowa, to nigdy nim nie mamił, nie uwodził, licząc na szybki efekt. Mógł przecież, zwłaszcza u młodych, wygrywać na emocjach wszystko, co by tylko chciał, przedstawiając, np. ckliwe opowieści, po których robi się ciepło na sercu, ale na dłużej nic nie pozostaje, poza osadem przyjemnego uczucia. Celna myśl. dobre przykłady, trochę ciężkiej teorii (teologii, etyki, filozofii), anegdotki, osobiste przeżycia. Wszystko w takich proporcjach, żeby nie zanudzić, nauczyć, prowokować, zachęcić do rozmowy. Zachęcał nas do robienia notatek, których lektura po latach, nadal zadziwia, a niekiedy budzi wyrzuty sumienia. Wymagał od nas przygotowania do rozmowy. Nie można było przecież młócić słomy wielokrotnie. Nie były to rozmowy, po których miało pozostać tylko przyjemne uczucie. Często wychodziliśmy od Niego z książkami w rękach (zazwyczaj podarowanymi), z sugestią lektury, przemyślenia i powrotu do rozmowy. W taki sposób zapoznałem się z encyklikami Jana Pawła II. bibułą (była to chyba publiczna tajemnica. że takie rzeczy pożyczał), K.C. Norwidem i Metafizyką Arystotelesa. Lektury, które można było traktować na początku jako dopust Boży (za co to mnie spotkało!), otwierały granice innych światów. Dla niektórych jak dla mnie, okazały się później w wirusem choroby gromadzenia i czytania książek.

   Rozmowy wymagają czasu i miejsca. On go miał, w ciągu dnia. wieczorem, w godzinach nocnych i zapraszał do siebie (Jego koledzy Księża, prawdopodobnie nie raz byli poirytowani wieczornymi, głośnymi rozmowami na plebanii). W rozmowach zachowywał równowagę pomiędzy codziennymi sprawami i poważnymi, w rytmie dzienno - wieczornym. Dzienne rozmowy miały charakter bardzo konkretny: dyscyplina w słowach, zbędne wątki drastycznie przerywane, sprawy techniczne, organizacyjne. Najczęściej były to odprawy. Parafialny rytm dnia stanowił twarde ramy, z którymi się liczył. Wieczorne rozmowy, naturalnie dotyczyły spraw ważnych życiowo. Nie był wówczas ograniczony czasowo. Mogliśmy rozmawiać do późnych godzin nocnych (w piątki i soboty), a tym, którym potencjalnie groziła rozmowa wychowawcza w domu na temat późnego powrotu, pisał usprawiedliwienia. Działało. Zastanawiam się, czy w Jego kalendarzu było miejsce na czas prywatny. Chyba nie, skoro urlopy także spędzał z nami i wtedy rozmawiał o tym, co chciałby powiedzieć następnym. Rozmawiał, to znaczyło także - wysłuchiwał drugiej strony, nawet wtedy, gdy w tym głosie więcej było emocji niż rozsądnych argumentów. Nie kokietował swoich rozmówców, traktował ich poważnie. Nie udawał, że się z kimś zgadza, albo nie przytakiwał. Ten święty spokój był mu chyba całkowicie obcy, skoro świadomie wchodził na pola minowe wtedy, gdy lepiej było powstrzymać się od rozmowy. Gdy była sytuacja odwrotna i gdy my wchodziliśmy na niebezpieczne pole, to bywało, że pokazywał drzwi wyjściowe albo dawał radę: idź się wyśpij. Drzwi wyjściowe stawały się kilka dni później wejściowymi. Scenariusz powtarzał się dopóty, dopóki nie rozwiązaliśmy sprawy do końca. Nie chodziło o proste przekonanie, kto miał rację, ale właśnie o sedno sprawy - jak jest lub powinno być, i nie było już istotne, że rację miał 18 latek. Potrafił słuchać, co z perspektywy czasu widzę, jakie jest trudne. Słuchał całym sobą - patrzył w oczy rozmówcy, poprawiając systematycznie okulary, albo zamykał oczy i spuszczał głowę tak, jakby spowiadał. Był szczególnie skupiony, gdy rozmowa dotyczyła trudnych spraw. Przy jego żywym temperamencie musiał wkładać dużo energii, żeby dotrwać do końca. Był tak dobrym słuchaczem, że potrafił wyczuć w głosie to, co było udawaniem, fałszem, albo po prostu krążeniem obok tematu. Podsumowywał: a teraz: powiedz: o co tak naprawdę chodzi albo bujać to ty możesz ... ale nie mnie. Słuchał uprzejmie, kulturalnie, spoglądając dyskretnie na zegarek, ile już stracił czasu. Słuchał z uwagą i wiedzieliśmy, że to, co mówimy jest dla Niego ważne. Później pamiętał twarze, imiona, sprawy. Rozmówcy nie byli anonimowi, rozpoznawani w setkach młodych ludzi, którzy się z Nim stykali.

Zbigniew Wróblewski


Szef    Nikt nie zapadł nam tak głęboko w serce, przez to, że wiele razy dostaliśmy po głowie". Jednocześnie nikt nie dał nam tyle ciepła. Mówiliśmy swoje wyznanie wiary: jeden jest Szef, jedna wiara, jeden chrzest. Nikogo innego od tego czasu nie nazywaliśmy szefem. Po czasie oazy młodzieżowej poszliśmy na studia, założyliśmy rodzinę. Wydawać mogłoby się, że zapomnieliśmy oazę. Ale odczuwaliśmy brak czegoś, co nadaje życiu głębszy sens. Niepokój serca ustąpił, gdy powstał krąg Domowego Kościoła i tam trafiliśmy. W czasie mszy św. w Kolegiacie stałam z Agnieszką (jesteśmy razem w kręgu), która powiedziała, że czułaby się nie na miejscu i byłoby jej źle, gdyby teraz nie była w Domowym Kościele. Myślę, że nie bylibyśmy na swoim miejscu. Dziękujemy, księże Marku, że dzięki Tobie teraz jesteśmy na swoim miejscu.

Ada i Darek


Bazyliszkowy wzrok    Ks. Marka pamiętam jeszcze z czasów, gdy byłam małą dziewczynką, a on wikariuszem w Parafii Przemienienia Pańskiego w Łukowie. Kilka lat potem spotkałam się z nim na Dniach Wspólnoty w Leśnej Podlaskiej. Pamiętam, że ostatnie dni oazy upływały nam na przygotowaniu scenki do Leśnej. Najważniejsze było, czy będzie się podobać "szefowi". Już później w czasie przedstawienia, każdy z nas patrzył, jak zareaguje ks. Marek, czy się uśmiechnie. Jako oazowicze baliśmy się go, ale każdy z nas starał się zyskać jego szacunek, przychylny uśmiech. Dobrze pamiętam, że potrafił zwrócić uwagę także podczas mszy św. W czasie mszy pogrzebowej mojej koleżance zadzwonił telefon komórkowy. Pierwsza myśl, która przyszła jej wtedy do głowy, to jakby zareagował ks. Marek. Spojrzałby na nią swoim bazyliszkowym wzrokiem i na pewno nigdy już nie wzięłaby telefonu do kościoła.

Ania


Nigdy nie zapominał imion    Moja przygoda z Ruchem Światło - Życie zaczęła się jeszcze w latach 80 - tych i mogę powiedzieć, że trwa nadal. Ten czas wypełniony był także spotkaniami z księdzem Markiem Borucem, przeważnie w Leśnej Podlaskiej, która była Jego "małym królestwem". Kiedy wspominam go teraz widzę człowieka, który pokazał mi jak być blisko Boga, jak być z człowiekiem, jak akceptować siebie. Zarażał swoimi pasjami, a były nimi przyroda, książki, sztuka. Wszystko to przybliżało Go do Boga. Zawsze zachwycało mnie to, że mimo tysięcy ludzi, którzy przewijali się przez Leśną nigdy nie zapominał imion, ba nawet nazwisk! Traktował każdego wyjątkowo Potrafił być surowy, ale miał też niesamowite poczucie humoru. Był dla mnie autorytetem w trudnym czasie dorastania - pokazał co w życiu najważniejsze czego się mam trzymać.

Joanna Nowak


Wypracowanie u ks. Boruca na piątkę z plusem     Jestem zbyt sentymentalna - myślałam często o sobie, porządkując różne pamiątki ze szkolnych lat. Zeszyty, listy, pamiętniki ... Nazbierało się tego tyle, że zabiera sporo cennego miejsca w ciasnym mieszkaniu. Może pozbyć się chociaż części?

   Wśród tych skarbów znajduję szkolne wypracowanie z religii! Piątka z plusem u księdza Marka - nie byle co! Na samo wspomnienie uśmiecham się. Jakże innego wymiaru nabiera i wypracowanie, i ocena po dwudziestu pięciu latach. "Jak kształtuję swój charakter, czyli jak wychowuję siebie?" - to temat szkolnej pracy. Teraz wiem, jak mądrym człowiekiem, nauczycielem, wychowawcą trzeba być, żeby zmusić nastolatka w wieku dojrzewania, by zastanowił się nad sobą, pomyślał, co robi i jaki wpływ jego własne działania mają na to, jakim człowiekiem staje się z dnia na dzień.
   Na tym właśnie polegał geniusz księdza Marka! Nawet ja, niezrzeszona w stworzonym przez niego ruchu oazowym, ani w harcerstwie, będących sensem życia większości moich rówieśników, poddawałam się charyzmie i autorytetowi tego człowieka. Nie głaskał po głowie, potrafił krzyknąć, wymagał jak od własnych dzieci i ... przyciągał coraz więcej młodych ludzi. Wszyscy czasami buntowaliśmy się przeciwko tym wymaganiom, z własnej woli wciąż jednak pozostając pod ich wpływem. Wiedzieliśmy, że żaden nasz problem nie zostanie zbagatelizowany, a któż ich nie ma zwłaszcza w wieku dojrzewania? - niesprawiedliwi nauczyciele, wymagający rodzice, przyjaciele, którzy zdradzili, niespełnione miłości... Jak w tym wszystkim znaleźć właściwą drogę? Nie zbuntować się i w akcie buntu nie zbłądzić? Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z powagi zadania, jakie wziął na siebie ksiądz Boruc.
   Właśnie On był od podejmowania trudnych, czasem niezrozumiałych i może zbyt dojrzałych spraw. Takim był temat aborcji. Wielkim wydarzeniem okazała się projekcja poświęconego
 temu zagadnieniu filmu "Krzyk". Wiele osób oburzało się na drastyczne sceny, uważając, że jesteśmy za młodzi na ich przeżywanie. Po latach zrozumiałam, jak skuteczne jest podjęcie działań profilaktycznych w odpowiednim czasie... Przedwczesna ciąża, panika, osamotnienie i ani chwili wahania! Jak dobrze mieć mądrych nauczycieli!

   Do dziś spoglądam w okno z balkonem na plebanii. Kojarzy się właśnie z Nim, mimo iż mieszkało po nim wielu księży. Tam w wysokich regałach kryły się setki mądrych książek. W czasach, kiedy trudno o książkę religijną, za jego sprawą docierała do młodych ludzi właśnie taka literatura. Religijna, co nie znaczy nudna, a otwierająca na potrzeby innego człowieka. Myślę, że dzięki temu wychowaniu potrafię dziś powiedzieć: "Dobrze, że jesteś"!, że problemy moich dzieci są traktowane z należną im powagą, że zauważam innych ludzi i mogą na mnie liczyć.
   Nie było czasu, by powiedzieć: "Dziękuję"...
Ewa


KSIĘGA PAMIĘCI
GALERIA
Ks. Marek o ks. W. Danielskim cz. 1
Ks. Marek o ks. W. Danielskim cz.2