Świadectwo ojca

Przed laty namówiłem moją małżonkę do tego, by zabiła nasze drugie dziecko. Moja żona była bardzo zrozpaczona, smutna, a ja bardzo naciskałem, chyba też ją szantażowałem. Wtedy bardzo pragnąłem, by usunęła ciążę (usunięcie – tak się wtedy to nazywało), czyli moje dziecko. Żona nosiła je pod swoim sercem, więc nie chciała tego zrobić. Ja – wówczas ponad dwudziestoletni mężczyzna, chciałem być wolny …

Żona bardzo mnie kochała, więc w końcu uległa i zdecydowała się na zabicie naszego dziecka. Zawiozłem ją więc oficjalnie do lekarza, do szpitala, bo wówczas na mocy prawa aborcja była legalna. Żona poszła, a ja czekałem w samochodzie. Moje dziecko zamordowano na moje życzenie, na moje zlecenie.

Gdy żona po zabiegu roztrzęsiona ledwo przyszła do samochodu, spytałem ją, jak wyglądało nasze dziecko, czy był to chłopiec czy dziewczynka. Wtedy moja małżonka z wielkim wysiłkiem odpowiedziała mi, że nie widziała dziecka, bo lekarz szybko wrzucił je gdzieś do ścieków.

Żyliśmy z tym wiele lat, obwiniając się wzajemnie. Brałem to często na siebie, mówiąc, że dostanę karę w niebie. Moją żonę to jednak nie pocieszało. Czuła się tak samo winna. Nasze życie się zmieniło, już nie było nam miło, dobrze, szczęśliwie. Prysnął gdzieś czar miłości. Często w mojej głowie rodzą się obrazy, które przedstawiają wciąż sceny tamtego dnia i krzyczą całym sobą: NIE !!! Zabiłem swoje dziecko!

Ale czy na pewno sam? Gdyby nam ktoś wówczas pomógł, powiedział że zabijamy człowieka, to może życie potoczyłoby się inaczej? Dziś myślę, że ani chwili bym nie czekał, by powiedzieć mojej żonie: „Tak kochanie, bardzo chcę naszego dziecka”. Ale wówczas w Polsce prawo pozwalało na zabijanie ludzkich istnień, a gdyby było inaczej, nikt nigdy tak jak ja nie musiałby potem żałować, że zabił swoje dziecko.

Dziś wiem, że już nigdy tego największego błędu mego życia nie powtórzę. Mam 45 lat i dwoje, a nie czworo, wspaniałych dzieci. Dlatego tylko dwoje, gdyż jedno dziecko nie żyje na skutek aborcji, a drugie zmarło następnego dnia po urodzeniu. Moja żona zmarła po porodzie, po długim 2,5 miesięcznym wielkim cierpieniu związanym z siedmioma bardzo poważnymi operacjami na skutek krwotoku porodowego związanego z infekcją bakteryjną zwaną sepsą.

Nie żyje to dzieciątko, którego nie chciałem.
Nie żyje to dzieciątko, którego chciałem.
Nie żyje moja żona, z którą być pragnąłem.

Mogliśmy być sześcioosobową polską rodziną. Nosze i nosić będę w mym sercu wyrzuty sumienia już do końca mych dni.

Diakonia: